Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albert Black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albert Black. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2018

Od Alberta cd Ignacy

Spojrzałem na Azjatę, czekając na jego odpowiedź.
- Oczywiście, że nie - padło z jego ust, co przyznam szczerze, zdziwiło mnie.
- Żartuję, nie po to tu jesteśmy, żeby sobie patrzeć na fabrykę z zewnątrz. Czas poznać historię zdjęcia od środka - dodał po krótkiej chwili rozbawiony Ignacy.
Przedarliśmy się przez gąszcz dziko rosnących krzewów oraz całkiem młodych drzew. Zatrzymaliśmy się przed ogromną, stalową bramą dwuskrzydłową, która zdążyła już zardzewieć. Szatyn pchnął ją lekko, a przeszkoda ustąpiła. Było to dla mnie zaskakujące. Dlaczego brama nie stawiała nawet minimalnego oporu? To mogło znaczyć tylko jedno, ktoś tu się zapuszczał. Postanowiłem mieć oczy dookoła głowy.
Wkroczyliśmy do pustego korytarza fabryki. Ściany zdobiły zacieki, powstałe po deszczach i stare, wyblakłe obrazy. Żeby rozszyfrować bez pomocy fachowców, co przedstawiły, musielibyśmy wpatrywać się w nie przez kilka dobrych godzin.
- Znasz historię tego miejsca? - zapytał Azjata, wciąż wpatrując się w dekorację wnętrza, jakby zależało mu na odkryciu, co takiego przedstawiały tamtejsze obrazy.
- Znam - odparłem krótko i wszedłem do jednego z pokoi, mając cichą nadzieję, że szatyn nie będzie drążyć tematu. Ponownie jednak zostałem rozczarowany, gdyż ten podążył za mną jak cień.
Przestronna sala wypełniona starymi taśmami produkcyjnymi z antresolą, na których stały wielkie pojemniki zajęła przez chwilę mojego towarzysza, dając mi tym samym chwilę spokoju. Pomieszczenie oświetlały promienie słońca, wpadające przez jedno z okien. Drugiego natomiast było zasłonięte przez drzewo za nim, którego gałęzie wdzierały się do środka. Uważnie obserwowałem Azjatę ze schodów prowadzących na antresolę. Szatyn przejechał dłonią po jednej z maszyn, a następnie strzepał z niej, zapewne grubą, warstwę kurzu.
- Pewien Niemiec produkował tu słodycze - mruknąłem, zwracając na siebie uwagę Ignacego - coraz to nowi inwestorzy chcieli nawiązać z nim współpracę. Tylko jeden z nich odkrył, że składnik wytwarzanych produktów był silną trucizną. Wtedy też właściciel dokonał na nim morderstwa - dodałem i wzruszyłem ramionami. Azjata wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami.
- Później zmielił go w jednej z tych maszyn - powiedziałem, wskazując ręką na pokój, w którym byliśmy - a, gdy kolejni ludzie pojawiali się tutaj, zabijał kolejny raz i kolejny. Z trupów wyrabiał nowy gatunek słodyczy, który miał olbrzymi popyt - kontynuowałem.
Chłopak wzdrygnął się i ruszył w moją stronę. Ja natomiast wspinałem się coraz wyżej po schodach. W pewnym momencie zatrzymałem się, a Ignacy szybko mnie dogonił.
- Miejsce od lat jest opuszczone, a budynek grozi zawaleniem. Niemiec został przyłapany na morderstwie, reszta wyszła na jaw i został powieszony - obojętnie dokończyłem swoją nieco podkoloryzowaną historię. Widząc niedowierzanie wymalowane na twarzy Azjaty, uśmiechnąłem się chytrze.
Wtem do naszych uszu doszedł odgłos żelaza obijającego się o podłogę, a zaraz po nim siarczyste przekleństwo.
- Zmywamy się - mruknąłem, po czym zszedłem wraz z Ignacym po schodach i opuściłem z nim budynek przez okno. Zaraz po tym ukryliśmy się w krzakach pod nim. Cudze kroki stawały się coraz głośniejsze. Ktoś się do nas zbliżał.
- To tutaj? - ciszę przerwał męski, niski głos. Ten sam, który słyszeliśmy wcześniej.
- Tak, to tu - odparł drugi, nieco wyższy. Zaraz po nim zaskrzypiała jedna z maszyn. Któryś z mężczyzn rozdarł pudło i zaczął szeleścić jego zawartością.
- Nikt ich nie znajdzie? - dopytał niższy głos.
- Nikt. Jestem pewien. Myślisz, że ludzie nie mają co robić, tylko szlajać się po walących się fabrykach? - powiedział drugi z mężczyzn. Odpowiedziało mu milczenie.
Mężczyźni opuścili budynek po jakimś czasie i odjechali samochodem. W końcu mogłem wyjść z ukrycia tak, jak i szatyn. Miałem nadzieję, że ma dość wrażeń jak na jeden dzień.

<Ignacy?>

piątek, 31 sierpnia 2018

Od Ignacego cd Alberta

 – Oczywiście, że nie – odpowiedziałem i spotkałem się z zaskoczonym wzrokiem chłopaka – żartuję, nie po to tu jesteśmy, żeby sobie patrzeć na fabrykę z zewnątrz. Czas poznać historię zdjęcia od środka.
     Przeszliśmy wśród roślin dzikiego ogrodu i stanęliśmy przed wielką, stalową bramą dwuskrzydłową. Pokryta była rdzą. Pchnąłem ją lekko i ustąpiła, wpuszczając nas. Znaleźliśmy się w pustym korytarzu z zaciekami na ścianach. Wisiały też na nich obrazy, jednak ząb czasu nadgryzł je i uniemożliwił mi obejrzenie tego, co przedstawiały.
 – Znasz historię tego miejsca? – zapytałem, wciąż wpatrując się w ramki i zniszczone płótno.
 – Znam – odpowiedział krótko Albert i skręcił do pomieszczenia obok, żebym nie zasypał go kolejnymi pytaniami.
     Chyba nie przewidział jednak, że udam się za nim. To, co zobaczyłem, zajęło mnie chwilowo. Przestronna sala pełna starych taśm produkcyjnych z antresolą, na której stały wielkie pojemniki, oświetlona była przez promienie słońca wpadające przez jedno z okien. Z drugiego wystawały gałęzie drzewa. Przejechałem dłonią po jednej z maszyn i strzepałem grubą warstwę kurzu z palców.
 – Pewien Niemiec produkował tu słodycze – odezwał się niespodziewanie Albert.
    Odwróciłem się, by go zobaczyć i zauważyłem go na schodach prowadzących na antresolę.
 – Coraz to nowi inwestorzy chcieli nawiązać z nim współpracę. Tylko jeden z nich odkrył, że składnik wytwarzanych produktów był silną trucizną. Wtedy też właściciel dokonał na nim morderstwa – chłopak urwał i wzruszył ramionami.
    Patrzyłem na niego, mając szeroko otwarte oczy. Zastygłem i po prostu słuchałem tej dramatycznej historii.
 – Później zmielił go w jednej z tych maszyn – wskazał ręką na salę – a, gdy kolejni ludzie pojawiali się tutaj, zabijał kolejny raz i kolejny. Z trupów wyrabiał nowy gatunek słodyczy, który miał olbrzymi popyt.
     Wzdrygnąłem się mocno i zamiast zaniepokoić się, poczułem coś w rodzaju smutku. Podszedłem do Alberta, jednak ten zaczął się wspinać po schodach wyżej i wyżej. W końcu zatrzymał się i zdołałem go dogonić.
 – Miejsce od lat jest opuszczone, a budynek grozi zawaleniem. Niemiec został przyłapany na morderstwie, reszta wyszła na jaw i został powieszony.
    Nie rozumiałem, dlaczego Albert mówił to z taką obojętnością. Podejrzewałem, że podkoloryzował nieco całą historię, gdy zobaczyłem cień chytrego uśmiechu na jego twarzy. Nie zdążyłem jednak zapytać, bo usłyszeliśmy odgłos przewracanego żelastwa. Ktoś wszedł do środka i prawdopodobnie się potknął, bo naszym uszom doszła także głośna „Kurwa mać”.




<Albert?>

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Od Alberta CD Ignacy

Chłopak chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął do wyjścia z budynku. Zmarszczyłem brwi, mierząc przy tym krytycznym wzrokiem Azjatę oraz jego dłoń zaciśniętą na mojej. Zdecydowanie nie byłem przyzwyczajony do takich zachowań. Szatyn coraz bardziej naruszał moją prywatność.
- No chodź, musimy się pospieszyć! - rzucił podekscytowany, następnie wyciągając mnie ze szkoły.
- Co się tak spieszysz? - mruknąłem, sprawdzając, czy przypadkiem niczego nie zgubiłem - Musimy iść na przystanek tramwajowy i poczekać dziesięć minut. - dodałem, wracając wzrokiem do osoby Ignacego. Przez tyle lat zdążyłem już zapoznać się z transportem miejskim.
Chłopak nieco zwolnił, ale nadal przechadzał się środkiem drogi dumny jak paw, przyglądając się przy tym mijanym ludziom. Uniosłem brew i obserwowałem go znudzonym wzrokiem. Zastanawiałem się, czy na pewno trafiłem do szkoły dla osób w moim wieku.
Niedługo dotarliśmy do przystanku, który został obejrzany z każdej strony przez szatyna. Zupełnie, jakby go widział pierwszy raz w życiu.
- Uwielbiam jeździć tramwajami! Kto wymyślił ten świetny środek transportu? Siedzisz sobie spokojnie albo stoisz i tuż obok masz drogę. Nawet pociągi nie są tak fajne, w nich ta granica jest grubsza i widoki wokół takie niepołączone. O, jedziemy tym samym numerem, którym mogę dotrzeć do akademika. - Ignacy nagle zaczął mi przypominać nakręcaną zabawkę w akcji. Ledwo nadążałem za tym, co mówił. Wolałem się nie wtrącać, ani nie przerywać jego monologu. Dzięki niemu byłem wolny od pytań na temat mojej osoby. W pewnym momencie chłopak wbił we mnie wzrok, czekając, aż nawiążę z nim kontakt wzrokowy. Niechętnie spełniłem ten niemy rozkaz.
- Dlaczego pojawiłeś się akurat w tej szkole? - zapytał - To znaczy, nie wyglądasz na Japończyka. - dodał, by lepiej wyjaśnić, co ma na myśli. I tak oto czas braku pytań się skończył. Jak to mówią, nie chwal dnia przed zachodem słońca.
- Mieszkałem w Japonii od dawna, ale wyprowadziłem się od rodziców. - wyjaśniłem i wzruszyłem ramionami, patrząc przy tym na szatyna "spod byka". Nie była to pełna odpowiedź na zadane mi pytanie, ale Ignacy nie naciskał. Wręcz przeciwnie - zmienił temat.
- Ile wierteł ma stomatolog? - zapytał nagle. Nie wiedziałem, o co chodzi, ani dlaczego nagle wyskoczył z czymś takim. Patrzyłem na Azjatę jak na kogoś, kto nie wszystkie klepki ma na właściwym miejscu. Byłem też nieco zaskoczony jego wybuchem. Podejrzewałem jednak, że chodzi o jakiś żart.
- Stomatologiczne! - wrzasnął chłopak, odpowiadając na swoje pytanie. Kobieta, stojąca niedaleko nas podskoczyła w miejscu wystraszona. Prychnąłem, kręcąc przy tym lekko głową. Ten chłopak był niemożliwy.
Ignacy cały czas stał przede mną, jednak w pewnym momencie usiadł obok, pozbawiając mnie cienia. Blade promienie słońca oślepiły mnie nagle. Jęknąłem cicho niezadowolony i zmróżyłem oczy, by móc dostrzec tramwaj, gdy ten będzie się zbliżał. Pojazd wyjechał zza rogu i zatrzymał się przed nami.
Dołączyliśmy do tłumu, który go wypełniał. Składał się on głównie z dorosłych w eleganckich strojach i teczkami w ręku oraz dzieci w mundurkach i z tornistrami. Część z nich pewnie wracała do domu, a pozostali mieli inne plany jak obiad na mieście lub wypad ze znajomymi.
Cudem udało mi się odnaleźć wolne miejsce, na którym to usiadłem. Ignacy natomiast stanął obok. Pojazd ruszył, a chłopak zaczął obserwować obraz za szybą.
- Wysiadamy na drugim przystanku. - mruknąłem. Szatyn prawdopodobnie nie usłyszał mnie, gdyż schylił się, opierając dłonie na udach i nastawił ucho. Pasażerowie za nim zaczęli przepychać się do wyjścia, jakby w tramwaju wybuchł pożar. W efekcie tego chłopak poleciał na mnie, a ja na szybę. Zakląłem, wcale nie siląc się na dyskrecję i spojrzałem na Ignacego zdenerwowany. Cała moja głowa była poobijana, przez co zaczynała pulsować.
- Przepraszam cię bardzo. - powiedział, głaszcząc mnie przy tym po obolałej głowie. Nie powiem, że było to przyjemne. Na szczęście chłopak szybko zabrał dłoń, by rozmasować nią swoje czoło.
- Ktoś mnie popchnął, przepychając się do wyjścia. - wyjaśnił, jakbym nie zauważył tamtego stada.
"Jeśli będę wyglądał gorzej, niż się czuję, znajdę ich wszystkich." obiecałem sobie w myślach.

Odetchnąłem z ulgą, gdy tramwaj ponownie się zatrzymał. To był czas, by wyjść na wolność. Wysiadłem z pojazdu wraz z Ignacym i ruszyłem przodem. Weszliśmy w wąską uliczkę, następnie kilka razy skręcając w inne do niej podobne.
Kilkanaście minut przeciskaliśmy się między budynkami, by w końcu wyjść na ledwo widoczną ścieżkę, otoczoną przez ogromne, dziko rosnące krzewy, które nieco ją zasłaniały. Im dalej od przystanku byliśmy, tym więcej roślin było w pobliżu.
Po chwili wyszliśmy na plac wyłożony kocimi łbami. Słońce ukryło się za chmurami, przez co zrobiło się nieco ciemniej. Zerknąłem na Ignacego, który przyglądał mi się szeroko otwartymi oczami.
- Na co się tak gapisz? - zapytałem zirytowany. Czyżby szykowała się powtórka z tramwaju?
- Nic, nic. - odparł szybko. Zdecydowanie za szybko.
- Mam coś na twarzy?
- Nie! - krzyknął chłopak. Czy mu wierzyłem? Oczywiście, że nie. Wyjąłem więc telefon i przejrzałem się w szkle. Ciężko było nie zauważyć ogromnego sińca. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech, by się uspokoić. Cały czas wmawiałem sobie, że oddam Ignacemu, gdy będzie wyrażał swą wdzięczność.
- Idziemy? - zapytałem nieco za głośno. Chłopak w milczeniu zbliżył się do mnie i podążył za mną do fabryki.
Budynek wyraźnie wyglądał na opuszczony, co potwierdzały wybite szyby w oknach. Z białych ścian gdzieniegdzie odpadał tynk, a kilka drzew zrobiło dziury w dachu.
- Chcesz wejść? - zerknąłem na chłopaka, czekając na odpowiedź.

<Ignacy? XD>

piątek, 24 sierpnia 2018

Od Ignacego CD Albert

Kiedy Albert przystał w końcu na propozycję odwiedzenia fabryki, jeszcze szerszy uśmiech wykwitł na mojej twarzy. Chwyciłem go pewnie za nadgarstek, ciągnąc do wyjścia, gdyż ten niemiłosiernie się gramolił.
 – No chodź, musimy się pospieszyć! – rzuciłem podekscytowany i wyciągnąłem Alberta ze szkoły.
 – Co się tak spieszysz? – mruknął chłopak, przeglądając zawartość swojej teczki – Musimy iść na przystanek tramwajowy i poczekać dziesięć minut.
     Po słowach Alberta nieco zwolniłem, jednak nadal przemierzałem dumnie środek deptaka i obserwowałem ludzi wokół. Mojego towarzysza najwyraźniej dziwiło, jak i nudziło to, co wyprawiałem, jednak nie mogłem się powstrzymać. W niedługim czasie dotarliśmy do przystanku, gdzie z radością omiotłem wzrokiem widok dookoła.
 – Uwielbiam jeździć tramwajami! Kto wymyślił ten świetny środek transportu? Siedzisz sobie spokojnie albo stoisz i tuż obok masz drogę. Nawet pociągi nie są tak fajne, w nich ta granica jest grubsza i widoki wokół takie niepołączone – nakręciłem się – O, jedziemy tym samym numerem, którym mogę dotrzeć do akademika.
    Albert nie odpowiadał ani nie reagował, jednak widziałem, że mimo wszystko mnie słuchał. Wbiłem w niego wzrok, czekając, aż się zorientuje.
 – Dlaczego pojawiłeś się akurat w tej szkole? – zapytałem, kiedy spojrzał na mnie – To znaczy, nie wyglądasz na Japończyka.
 – Mieszkałem w Japonii od dawna, ale wyprowadziłem się od rodziców – Albert wzruszył ramionami, patrząc na mnie lekko spod byka.
 – Ile wierteł ma stomatolog? – zapytałem znienacka.
     Chłopak patrzył na mnie, jak na debila z lekkim szokiem wymalowanym na twarzy.
 – Stomatologiczne! – wrzasnąłem tak głośno, że kobieta stojąca obok rozkładu jazdy wzdrygnęła się.
     Niestety nie doczekałem się wielkiego wybuchu śmiechu. Albert tylko prychnął, jednak nie wyglądał już tak groźnie, jak przed chwilą. Cały czas przed nim stałem, a gdy usiadłem obok, słońce, mimo, że blade, zaczęło oślepiać chłopaka. Wydał jęk niezadowolenia i spod zmrużonych powiek zaczął wypatrywać tramwaju. Ten znajdował się na rogu i chwilę później zatrzymał się przed nami.
    W środku panował tłok. Dużo ludzi wracało z pracy i szkół, więc nie można było liczyć na trochę przestrzeni. Albertowi udało się usiąść, a ja stanąłem tuż obok niego. Pojazd ruszył, a ja bacznie obserwowałem widok za oknem. Białe kamienice po jakimś czasie zmieniły się w budynki z czerwonej cegły, jednak w takim samym stylu architektonicznym. Spojrzałem na Alberta, który ruszał ustami, mówiąc coś, ale go nie słyszałem. Schyliłem się więc, opierając dłonie nad udach i zbliżyłem głowę do jego. Niestety wtedy ludzie stojący za mną zaczęli się przepychać do wyjścia, przez co mnie mocno popchnęli tak, że dobiłem czołem prosto w mojego towarzysza. Ten dodatkowo rąbnął w szybę, głośno przeklnął i niezadowolony spojrzał na mnie.
 – Przepraszam cię bardzo – mówiąc to, pogłaskałem go po głowie i rozmasowałem swoje czoło – Ktoś mnie popchnął, przepychając się do wyjścia.
    Miałem nadzieję, że nie zostaną nam siniaki, gdyż osoba, która mnie popchnęła miała naprawdę dużo siły. Na nasze szczęście kolejny przystanek był tym docelowym. Wysiedliśmy z pojazdu i podążyłem za Albertem. Ten udał się w jedną z wąskich uliczek i poprowadził nas również innymi. Kilkanaście minut przeciskaliśmy się pomiędzy budynkami, a później wyszliśmy na plac wyłożony kocimi łbami. Promienie słońca zdążyły się już skryć za chmurami i wokół zrobiło się szaro. Mimo to gdy popatrzyłem na chłopaka, otworzyłem szerzej oczy na widok wielkiego, fioletowego siniaka malującego się na lewej stronie jego czoła.
 – Na co się tak gapisz? – zapytał zirytowany moim spojrzeniem.

<Albert? :D>

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Od Alberta CD Ignacy

Kilka zeszytów wyślizgnęło mi się z ręki. Część z nich udało mi się złapać wolną ręką, ale pozostałe upadły na podłogę. Zakląłem pod nosem i od razu zacząłem je zbierać. Chłopak ruszył mi z pomocą. Nie powiem, że byłem tym zachwycony, ale przynajmniej dzięki temu poszło szybciej. Azjata oglądał zrobione przeze mnie fotografie podczas ich zbierania. Jego wzrok zawiesił się na dłużej na jednej z nich.
- Czy to jakaś fabryka?
Słysząc pytanie chłopaka, uniosłem na niego wzrok. Azjata pokazał mi zdjęcie, które go zainteresowało.
- Tak, kiedyś produkowano tam słodycze. Znalazłem ją na obrzeżach miasta, całkiem przypadkowo. - odparłem, wspominając dzień, w którym odkryłem uwiecznione na fotografii miejsce. Szybko jednak wróciłem na ziemię i odebrałem swoją własność.
- Świetne zdjęcie. Promienie słońca jeszcze bardziej podkreślają ponury charakter tego miejsca, mimo, że powinno być na odwrót. Naprawdę ładne – powiedział szatyn.
Zabrzmiało to nieco dziwnie. Jak uznanie. Schowałem zeszyty oraz zdjęcia do swojej czarnej teczki. Chwilę mierzyłem Azjatę wzrokiem, po czym niepewnie mu podziękowałem. Podniosłem się z podłogi, następnie otrzepując kolana z kurzu. Ignacy zrobił to samo. Zamierzałem już odejść i udać się na zajęcia, które lada moment miały się zacząć, ale Azjata mnie zatrzymał.
- Jestem z II klasy tanecznej, a ty? - uważałem, że nie powinienem podawać innym zbyt dużej ilości informacji o sobie, ale chłopak wyglądał bardziej na kogoś, kto szuka znajomych, niż na detektywa, który opisuje każdego ucznia w swoim notesiku, siedząc zamknięty w jednej z kabin w toalecie szkolnej.
- II muzycznej - odpowiedziałem krótko i ruszyłem w stronę sali, w której miałem mieć za chwilę zajęcia.
Tam po dzwonku zostałem zmuszony do przedstawienia się klasie. Niechętnie wykonałem polecenie nauczycielki i zająłem wskazane przez nią miejsce.
***
Kilka godzin później rozpoczęła się długa przerwa. Postanowiłem, że spędzę ją za szkołą z dala od tłumu uczniów i pozytywnie nastawionych do życia nauczycieli, którzy "bardzo chcieli mnie poznać". Westchnąłem ciężko i rozmasowałem swoje skronie. Nie byłem przyzwyczajony do takiego hałasu. Na zewnątrz na szczęście było znacznie ciszej. Uniosłem wzrok na niebo. Liczba czarnych chmur powoli zaczynała się zmniejszać, jednak to, że ponownie spadnie deszcz było bardzo prawdopodobne.
Wyjąłem z tylnej kieszeni spodni swój telefon i wpisałem hasło. Następnie zacząłem szukać na swoich ulubionych stronach innych ciekawych miejsc, które warto by było odwiedzić i sfotografować. W notatkach tworzyłem w tym samym czasie listę.
Nagle usłyszałem jak ktoś mnie woła. Odwróciłem się zdziwiony. Przy drzwiach stał Ignacy. Moje spojrzenie zmieniło się ze "Znamy się?" na "Co się drzesz?".
- Pójdziemy do tej opuszczonej fabryki? - budynek widocznie bardzo go zaciekawił.
- Tak w czasie zajęć? No wiesz? Nie wiedziałem, że taki z ciebie wagarowicz - odparłem drwiąco.
- A po szkole? - Azjata wyraźnie nie zamierzał odpuścić.
- Zastanowię się - odparłem i wróciłem do budynku, widząc, która jest godzina. Idąc do klasy, czułem na sobie wzrok chłopaka.
***
Gdy zajęcia dobiegły końca, schowałem kilka książek do szafki, a część zostawiłem w teczce do pomocy przy rozwiązywaniu zadań. Wtem ktoś do mnie podbiegł. Nie musiałem nawet patrzeć na tą osobę, by domyślić się, kim jest.
- To idziemy? - Ignacy wciąż się nie poddawał.
- Mam dużo pracy - mruknąłem.
- To nie potrwa długo - jęknął Azjata.
- Fabryka jest na obrzeżach - przypomniałem.
- No proooszę - szatyn objął moje ramię - później ci pomogę.
- Prędzej się zrzygasz - mruknąłem.
- Nie zrzygam. Obiecuję. To jak?
Spojrzałem na chłopaka rozbawiony. Na pewno puści pawia. No, ale cóż, sam się na to pisze.
- Umowa stoi - powiedziałem z chytrym uśmieszkiem.

<Ignacy? :)>

niedziela, 19 sierpnia 2018

Od Ignacego CD Albert

Kiedy Albert w końcu mi się przedstawił, uśmiechnąłem się szerzej. W tamtym momencie jednak kilka zeszytów, które chłopak trzymał w dłoni, upadły na podłogę i cała zawartość się z nich wysypała. Mój kolega przeklął i schylił się, by wszystko podnieść. Pomogłem mu, zbierając w kupkę zdjęcia wysypane z czarnego notesu. Jedno z nich przykuło moją uwagę i ze zdziwieniem na nie spojrzałem. Przedstawiało budynek, najwidoczniej od dawna opuszczony i podniszczony przez czas.
 – Czy to jakaś fabryka? – zapytałem.
 – Tak, kiedyś produkowano tam słodycze. Znalazłem ją na obrzeżach miasta całkiem przypadkowo – z jego wypowiedzi biło zainteresowanie tematem, jednak po chwili Albert odebrał ode mnie swoje fotografie.
 – Świetne zdjęcie. Promienie słońca jeszcze bardziej podkreślają ponury charakter tego miejsca, mimo że powinno być na odwrót. Naprawdę ładne – powiedziałem z uznaniem.
      Po chwili chłopak podziękował nieco podejrzliwym tonem, wstał i otrzepał kolana z kurzu. Podążyłem za jego przykładem.
 – Jestem z II klasy tanecznej, a ty? – spytałem, widząc, że chłopak ma zamiar odejść.
 – II muzycznej. – odpowiedział i ruszył w stronę sali, gdzie niedługo miały zacząć się jego lekcje.
     Po kilku godzinach spędzonych w szkole powróciłem pamięcią do początku dnia. Parę minut wcześniej rozpoczęła się przerwa, więc wyciągnąłem z kieszeni swój telefon z zamiarem odszukania fabryki, o której opowiedział mi Albert. Czarne urządzenie odnalazło lokalizację owej fabryki po wpisaniu nazwy miasta wraz z funkcją, jaką pełniła. Nie było o niej jednak żadnych informacji poza tym, że właścicielem był Niemiec, który zginął w czasie wojny. Zainteresował mnie ten temat do tego stopnia, iż zacząłem szukać Alberta na korytarzach. Przerwa się kończyła, jednak znalazłem chłopaka za szkołą, gdzie samotnie stał wyprostowany, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Gdy go zawołałem, odwrócił się trochę zaskoczony i lekko zirytowany.
 – Pójdziemy do tej opuszczonej fabryki?

<Albert?>

środa, 8 sierpnia 2018

Od Alberta CD. Ignacy

Czując na twarzy natarczywe, blade promienie słońca, skrzywiłem się i uchyliłem powieki. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie wielka kula ma ukryty wyłącznik, ale nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Westchnąłem więc zrezygnowany i wstałem z łóżka. Od razu udałem się pod prysznic, który mógłby mnie obudzić, przynajmniej w niewielkim stopniu.
Gdy krople wody spływały po moim ciele, układałem sobie w głowie plan na dopiero co rozpoczęty dzień. Musiałem udać się do szkoły, a następnie zająć się nowym nabytkiem do mojej kolekcji. Tyle pracy, a tak mało czasu.
Po kąpieli opuściłem kabinę i owinięty ręcznikiem, przeszedłem do pokoju, pełniącego rolę garderoby. Poprzedniego dnia zapowiadali deszcz, więc krótkie spodenki na pewno byłyby złym wyborem.
Chwilę przeglądałem ubrania, by w końcu zdecydować się na granatową koszulę, czarne spodnie o wąskich nogawkach oraz pantofle i krawat w tym samym kolorze. Następnie zająłem się włosami i ruszyłem do kuchni. Przygotowałem sobie w niej koktajl ze szpinaku, który przelałem do dużej szklanki. Zbliżyłem się z nią w ręku do okna, sięgającego od podłogi do sufitu i wziąłem duży łyk napoju. Ciemne chmury wisiały nad miastem, a samochody mijały się otoczone parą, unoszącą się nad jezdnią. Widok był zwyczajnie ponury. Najchętniej bym został w domu, ale to niestety nie był koncert życzeń.
Dokończyłem koktajl, posprzątałem i doprowadziłem się do porządku. Następnie włożyłem czarny płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem, który naciągnąłem na głowę, chwyciłem teczkę z książkami i opuściłem swój dom. Przyznam się, że nie bardzo wiedziałem, dokąd mam się kierować. Na szczęście nawigacja w telefonie okazała się być bardzo pomocna. Po kilkunastu minutach już stałem pod budynkiem.
Miałem właśnie schować telefon do kieszeni, gdy nagle ktoś wbiegł we mnie, sprawiając, że wylądowałem na ziemi. Nieco zszokowany spojrzałem na siedzącego na mokrym chodniku chłopaka. Westchnąłem cicho i podniosłem się na równe nogi. Po namyśle niechętnie podałem nieznajomemu dłoń. Chłopak przyjął pomoc od razu i również wstał.
- Uważaj, jak chodzisz. - mruknąłem, po czym wszedłem do budynku. Ostrożnie zdjąłem z siebie płaszcz i strzepałem z niego wszystkie krople przy drzwiach. Spojrzałem na wchodzącego Azjatę.
- Wiesz przynajmniej, gdzie jest gabinet dyrektora?
- Jasne. Jest na drugim piętrze. Zaprowadzić cię?
- Dam radę. - odparłem i ruszyłem korytarzem.
***
Zbliżyłem się z kluczem w dłoni do swojej szafki i otworzyłem ją. Schowałem do środka płaszcz oraz część książek. Usłyszałem, że ktoś inny również zamyka szafkę kilka kroków dalej.
- O, hej! I jak? Znalazłeś go? - ten sam chłopak, który wpadł na mnie rano podszedł do mnie z ogromnym uśmiechem na twarzy.
- Owszem.
- Nie poznaliśmy się. Jestem Ignacy. - Azjata wyciągnął do mnie dłoń. Niechętnie ją uścisnąłem.
- Miło mi? - powiedziałem niepewnie, unosząc przy tym brew. Czy tak właśnie się mówiło przy powitaniu? Chyba tak.
- ...Ty się nie przedstawisz? - zapytał chłopak po chwili. Zmierzyłem go wzrokiem, chcąc wiedzieć, po co mu takie wiadomości.
- ...Albert. - mruknąłem, dalej nie rozumiejąc, dlaczego ktoś miałby chcieć znać moje imię. Jaki miał w tym cel ten Azjata?

< Ignacy? :) >

wtorek, 7 sierpnia 2018

Nowy Uczeń: Albert Black


Imię i nazwisko: Albert Black
Pseudonimy: Dawniej był nazywany Albercikiem, ale krótko po przyjęciu się tego przezwiska, jego autor zniknął bez śladu.
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 19 lat
Narodowość: Stany Zjednoczone
Orientacja: Homoseksualna
Klasa: II Klasa Artystyczna
Klub:
- Klub biologiczny
- Klub okultystyczny
- Klub fotograficzny
Zainteresowania: Albert interesuje się głównie anatomią zarówno ludzi, jak i zwierząt oraz psychologią. Jego obrazy często są brane za dzieła Beksińskiego, w których chłopak gustuje. Fotografie bruneta natomiast budzą niepokój wśród nauczycieli, gdyż mimo, że są piękne, przedstawiają najczęściej martwe zwierzęta, a czasem katastrofy lub ruiny.
Dodatkowo Albert jest fanem muzyki klasycznej i rocka. Uwielbia czytać kryminały i książki psychologiczne oraz oglądać horrory. Tym, co interesuje chłopaka są również dawne wierzenia i księgi okultystyczne.
Ponadto Albert przeprowadza w swoim domu rozmaite eksperymenty.
Charakter: Albert jest typowym pedantem i pracowitą, poważną osobą. Nie oznacza to jednak, że nie ma poczucia humoru. Może i jest czarne, ale lepsze takie niż żadne.
Ludzie często biorą go za osobę chłodną, której nie warto bliżej poznać. Wszystko przez to, że chłopak ma cięty język, jest arogancki i złośliwy. Zazwyczaj mówi to, co myśli, ale jest doskonałym aktorem i potrafi ukryć wiele przed światem.
Jeśli chodzi o nawiązywanie znajomości, to jest nieufny w stosunku do obcych. Rzadko się odzywa, chyba, że musi. Chłopak automatycznie tworzy niewidzialny mur wokół swojej osoby, którego jeszcze nikomu nie udało się zburzyć. W środku jest to spokojny, ciekawy świata chłopak o dziwnej pasji. Interesują go bowiem martwe rzeczy.
Albert to typowy introwertyk. Zamiast chodzić na imprezy, woli usiąść pod kocem i poczytać coś ciekawego, poszerzając przy okazji swoją i tak dużą wiedzę. Decyzje podejmuje z rozwagą. Nie jest to typ ryzykanta.
Chłopaka nie można winić w stu procentach za to jaki jest. Jego charakter bowiem kształtował się przez całe jego dzieciństwo. Albert zawsze bawił się sam, gdyż inne dzieci uznawały go za dziwnego. Rodzice bruneta nie interesowali się swoim synem. Pozbawiony ich wsparcia Albert musiał szybko dorosnąć. W efekcie tego chłopak zamknął się w sobie. Wmówił sobie, że nie potrzebuje nikogo, żeby być szczęśliwym. Nie potrafi on wyrażać swoich uczuć, co uczyniło go jeszcze bardziej samotnym. Mimo tego Albert nie daje niczego po sobie poznać, a łzy uznaje za oznakę słabości. Nigdy żadnej nie uronił i nie zamierza tego robić, ponieważ jest przekonany, że ucierpiałaby na tym jego duma.
 Aparycja:
×Włosy: Miękkie, kruczoczarne włosy Alberta sięgają do połowy jego karku. Kosmyki znajdujące się z przodu są nieco dłuższe, tworząc coś na wzór grzywki. Mimo, że są starannie układane, często opadają na oczy chłopaka. W promieniach słońca włosy Alberta wydają się być fioletowe. 
×Oczy: Duże, lśniące oczy o fioletowych tęczówkach i ciemnej obwódce przykuwają uwagę ze względu na swój niecodzienny kolor. Otoczone są przez wachlarz czarnych rzęs.
×Sylwetka i Ubiór: Albert jest szczupłym chłopakiem o długich nogach i smukłych palcach pianisty. Mierzy on 178 cm i waży zaledwie 50 kg. Niedowaga nie oznacza jednak, że jest on bezbronny.
Ubiór bruneta zawsze jest schludny i najczęściej elegancki. Koszule, krawaty, szelki i te sprawy.

Zdarza się, że Albert zakłada okulary zerówki, by wyglądać poważniej. Jego ulubionym ubraniem jest jednak biały kitel lekarski.
Jego koszule mają różne kolory, poza różowym. Najczęściej jest to biały, czarny i fiolet. Każda z nich musiała zostać uszyta na miarę przez sylwetkę swojego właściciela. Tak samo z resztą spodnie. Ich długość zależy od pogody i nastroju chłopaka. Wszystkie mają tą samą, czarną barwę. W przypadku dłuższych spodni, ich nogawki są wąskie, przez co z daleka można je wziąć za rurki. Podkreślają one długie i szczupłe nogi bruneta.
Jeśli chodzi o krawaty, to Albert gustuje w jednolitych kolorach. Nigdy nie zakłada wzorzystych ubrań. Czuje, że wygląda w nich śmiesznie.
Buty chłopaka zawsze są czarne i eleganckie. Uważa je za nieodzowny element koszuli z krawatem. Skórzane męskie pantofle to poniekąd znak rozpoznawczy Alberta w szkole.
Mocne i słabe strony:
~ Mocne strony:
- Jest szczery do bólu
- Nadawałby się na chirurga
- Umiejętnie manipuluje innymi, by osiągnąć swój cel
~ Słabe strony:
- Miewa ataki agresji, gdy ktoś jakimś cudem wyprowadzi go z równowagi
- Ma w swoim domu własne laboratorium, w którym trzyma różne dziwne rzeczy, jak np.zwierzęce szkielety
Miejsce zamieszkania: Krótko po skończeniu czterech lat przeprowadził się z rodzicami do Japonii. Od razu po ukończeniu wymaganego wieku zaczął pracować, wiedząc, że opiekunowie nie będą go chcieli utrzymywać oraz pragnąc się od nich uwolnić. Po uzbieraniu odpowiedniej sumy, chłopak wyprowadził się do starego budynku o numerze 74, który posiadał niską cenę tylko dlatego, że ten numer jest przez Azjatów uznawany za pechowy. Albert uważa jednak, że to tylko cyfry.
Okolica jest spokojna, a inne domy postawione nieco dalej, by nie być za blisko tego, zajmowanego przez chłopaka. 
Pupil: -
Relacje: Albert nie jest zainteresowany poznawaniem ludzi, więc nikogo nie zna w akademii poza nauczycielami.
Rodzina:
- Jermaine Black - surowy ojciec. Jest to mężczyzna myślący, wszystko można mieć za pieniądze. Spłodził syna tylko po to, by uniknąć niewygodnych zaczepek oraz konfliktów. Następnie zaczął znikać z domu, udając się do swoich kochanek.
- Margaret Black - arogancka matka, kobieta zmniejsza od Syberii. Jedyne, co się dla niej liczy to pieniądze i drogie ubrania. Rzadko kiedy można było ją zobaczyć w domu, gdyż kocha przyjęcia.
Ciekawostki:
- Lubi słodycze
- Nienawidzi natrętnych ludzi i pustych dziewczyn
- Co roku bierze udział w Sprzątaniu Świata
Stan konta: 15000 jenów